Chcę przejrzeć na oczy. Przyznać się do tego co robię. Nie ukrywać tego, i nie dusić już w sobie.
Sprawa jest prosta, zawzięłam się, aby się unieszczęśliwić. Niszczę samą siebie. Codziennie, od efektów już nie mogę uciec.
Tysiąc razy podejmuję decyzję, że zmienię swoje życie już od dzisiaj, że przestanę robić sobie krzywdę, że zajmę się nareszcie własnymi sprawami, przestanę wszystko zaniedbywać, że będę walczyła o szczęście, że się postaram, dam z siebie wszystko... Tak dużo dobrych postanowień, tyle czasu, a ja wciąż niczego nie osiągnęłam, ba nawet niczego porządnie nie zaczęłam.
Jestem chora, wiem co mnie niszczy, co mnie dołuje, a mimo to codziennie powtarzam te błędy.
Nie potrafię uznać swojego ciała za piękne, nie mogę tego zrobić, bo codziennie sprawiam, że jest z nim gorzej. Ostatnio mój chłopak zapytał mnie czy naprawdę moje ciało aż tak mi się nie podoba. Moja reakcja była taka jak zawsze w takich sytuacjach. Odepchnęłam go i powiedziałam, że tak jest i, że niestety to się raczej nie zmieni. Nie umiem pokochać czegoś tak chorego. Wiem, że jest to moje jedyne ciało, nie będę miała innego, a mimo to objadam się i sprawiam, że ciągle mój stan się pogarsza. Nabawiłam się już uzależnienia od jedzenia. Zaprząta ono moje myśli przez większość czasu. To chore. Nie powinnam myśleć o takich rzeczach. Powinnam się cieszyć, że mój przyjaciel stał się moim chłopakiem, że między nami całkiem dobrze się układa, jeśli pominąć moje opory wynikające z niezadowolenia z mojej fizyczności. Zacząć ogarniać rzeczy związane ze studiami, podjąć działanie, nie czekać bezczynnie na cud.
Na dzień dzisiejszy jest źle, zjadałam za dużo i to niezdrowych rzeczy.
Postanowiłam zacząć pracę nad sobą. Tym razem się nie poddam. Codziennie zamieszczę raport z postępami. Teraz albo nigdy.